Zacznę od tego, że ilekroć wydaje mi się, że poznałem już moich przyjaciół, oni zawsze wyskoczą z numerem (Vice Versa), po którym dochodzę do wniosku że tak naprawdę to się nie znamy ![]()
Przykład: budzi mnie dzisiaj o 3-ciej nad rancem telefon od Masakry. Przyjeżdżaj, właśnie podjechaliśmy do Marka na kanapach. Jest super, siedzimy sobie w piwnicy i sączymy Whisky.…Zanim mój zaspany mózg odkodował tą wiadomość, uświadomiłem sobie że to, co słyszę jest niemożliwe, gdyż za oknem jest -8 Celsjusza. A jednak, chłopakom zachciało się jazdy wiec przyjechali. Jedyne, czego nie mogę sobie wyobrazić to miny Marka, gdy zobaczył, co się dzieje na podjeździe do domu. Chyle przed wami kask mistrzowie…
Tak wyglądało towarzystwo dzisiaj rano:

===============================================================
Pojechaliśmy dla otuchy i towarzystwa najdalej jak się dało, tzn. do momentu zamrożenia krwi w palcach…

===============================================================
Pożegnanie na Belt Parkway-u…Przed Słoniem i Masakrą jeszcze tylko 120 Mil jazdy przy minusowej temperaturze…Przedbiegi do wyjazdu na Dayton-ę…

===============================================================
Po powrocie wróciliśmy do garażu i resztę wieczoru spędziliśmy pomagając (Słownie, duchowo i fizycznie) Jackowi przy rzeźbieniu jego Dyna-y. Wszystkie fotki wrzuciłem do nowego albumu w Galerii…

Do wyjazdu pozostało niespełna 6 dni…W środę przylatuję Mirek, czyli kroi się małe powitanie-rozgrzewka. W piątek spotykamy się u Marka i zostajemy na noc. Wyjazd o 6-tej rano. Hmmm jeszcze nigdy nie udało nam się tak wcześnie wystartować…













3 Komentarze(y) »