Wszystkim podążającym do Pułaskiego, życzę bezpiecznej, suchej, bez awaryjnej podróży.

Wszystkim podążającym do Pułaskiego, życzę bezpiecznej, suchej, bez awaryjnej podróży.

Powoli zbliża się następna rocznica tragedii z 11 Września. Dla tych, którzy się nie orientują JohnO z naszego zaprzyjaźnionego klubu motocyklowego American Brotherhood MC 9/11 pojawi się w filmie dokumentalnym emitowanym na kanale CINEMAX. Projekt został nakręcony przez reżysera, który stracił brata w ataku na WTC i opowiada historię innych braci, których spotkał ten sam los.
W ostatni weekend, czas spędziliśmy na nieco innej imprezie, ale też trochę harley-owej.
Jaś i Viola wstąpili w związek małżeński.
Odbyło się to w Baltimore (typowo polski Kościółek), natomiast przyjęcie w Wirginii, nieco dalej, bo już inny stan, ale też trochę po polsku, witani chlebem i solą, gdzie przygrywał polski zespól i piło się tradycyjnie jak na polskie weselisko przystało, oczywiście wódkę.
Niestety z powodu nieobecności niektórych bikerów, motocykle były tylko 2.

Ale dzielnie, nawet w nocnej mżawce deszczu, towarzyszyły do końca.
Co tu dużo opisywać, wesele było super, ludziska się wybawiły, opiły (ale do pewnych granic), państwo młodzi byli zadowoleni.
Dnia następnego odbyły się poprawiny, na podwóreczku, z polskimi daniami, duża
ilością %, humoru i gości. Oczywiście Ząbi robił swoje, czyli oprócz jego dawki humoru, było też dokuczanie. FOTKI
MŁODEJ PARZE ŻYCZYMY WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO NA NOWEJ DRODZE ŻYCIA. BRYGADA H-D
P.S. Na Pułaskim są kolejne poprawiny. Młoda para postanowiła spędzić z nami miodowy weekend.
Nawet niesprzyjająca aura nie była nas w stanie zniechęcić do wyjazdu do New Britain(CT).
W sobotnie popołudnie wyruszyliśmy 2-motocyklową i 2-samochodową brygadą na Festiwal Muzyki Rockowej. Udało nam się dotrzeć do celu bez zmoknięcia, przywitały nas dźwięki bluesa, a potem było już coraz badziej rockowo i hard-rockowo.
Pierwszy raz w tym roku organizatorzy oficjalnie zaprosili na imprezę motocyklistów nadmieniając w treści plakatów o zlocie motocyklowym.
Być może ze względu na pogodę lub też słabą promocję imreza nie przyciągnęła zbyt wielu chętnych, ale dzięki temu można było przyjrzeć się każdej mordzie i nie było problemu z rozpychaniem się przed sceną (do polskiego Woodstocku to temu baaaaaaaaardzo daleko).
Kapele zagrały na bardzo dobrym poziomie, mogliśmy posłuchać zarówno covery jak i autorskie utwory wykonawców, a widownia choć nieliczna naprawdę dała czadu. Przed sceną dostrzegalna była różnorodność wariackich wyczynów od przepychanek rodem z legendarnego “Jarocina” przez “trzepanie piór”(chodzi tu o długowłosych) po piwny shower…
Teren na uboczu, na którym rozgrywał się festiwal i zadaszona scena wraz z widownią robiły dobre wrażenie, do tego mały las wokoło-notabene rewelacyjne miejsce na imprezy stricte motocyklowe.
Za polskie żarcie-świnię z rożna, kiełbachę, pyzy z mięsem, kapustę smażoną i polskie piwo daję imprezie dużego plusa.
Szczerze to piwo było na tyle dobre, że trudno było znać umiar, ale…hmmmm do hotelu dotarliśmy cali… ![]()
Po imprezie w plenerze rozkręcone towarzystwo nie garnęło się wcale do spania. Po małym przemeblowaniu pokój hotelowy zamienił się w mini-kasyno i wedle postanowień rozegraliśmy partię pokera.
Powrót do domu w niedzielę w towarzystwie nieustającego, lejącego się z nieba strugami deszczu był dodatkową atrakcją. Mając do wyboru dotrzeć do domu sucha, ale samochodem lub mokra, ale motocyklem bez zastanowienia wybrałam to drugie i nie żałowałam tej decyzji. Nie lubię uczucia tęsknoty, a kiedy siedzę w samochodzie i widzę za szybą jadące motocykle wyrywam się z siedzenia jak dzika i serce bije mi jak szalone…hmmm. to chyba miłość…
. Zaopatrzeni we wdzianka przeciwdeszczowe daliśmy kopa do przodu i zsiadajac z motocykla byliśmy tylko lekko przemoczeni. Co ciekawe na trasie spotkaliśmy podobnych do nas szaleńców.
Podsumowując imprezę to zaliczam ją do udanych dzięki jak zwykle jeździe na motocyklu i wspaniałemu towarzystwu. Nasza ekipa wybawiła się na całego. Myślę, że za rok z chęcią zawitamy na mRockowisku ponownie. Liczę, że pojawi się wtedy więcej bike’ów i pogoda bardziej dopisze.
ps. Zapomniałabym o ważnym -zagrali nam trochę “Dżemu”-nastepny tym razem ogromny plus bo było to piękne wspomnienie nie żyjących już-Riedla i Bergera i był oczywiście”Harley mój”…
Do zobaczycha na najwiekszej pijackiej bibie świata…
, to już w nadchodzący weekend…hurrra!!!
Pozdrowienia Towarzystwu
Kicia
W drodze do New Britain męczyły mnie mieszane uczucia. Po pierwsze nie była to pierwsza polonijna impreza tego typu na którą miałem okazje się wybrać (Czytaj “klapa”), po drugie nie udało mi się zaliczyć poprzednich mROCKowisk. Z obawą czy może na miejscu przywita nas totalna kicha i brak klimatu pędziłem wsłuchując się po raz pierwszy w Diabelskie wydechy. Pomyślałem sobie, zresztą tak jak zawsze, że jeśli wszystko okaże się jednym wielkim polonijnym NIC to przynajmniej jazda będzie przednia. Ku mojemu zaskoczeniu całą imprezę odebrałem jak najbardziej pozytywnie.
Wymienię to co mi się podobało i to co nie.
Zacznę że wszyscy mamy skłonności do narzekania i krytyki (Nasza narodowa wada) i zawsze brakuje pochwał oraz przychylnych komentarzy. Na szczęście organizatorzy mROCKowiska spisali się w moich oczach na medal , może z wyjątkiem reklamy promującej festiwal. Między innymi myślę że właśnie to miało wpływ na słabą frekwencje. Osobiście jednak wcale a wcale mi to nie przeszkadzało. Wole gdy na tego typu imprezy przychodzą ludzie czujący rockowy klimat i tacy właśnie pojawili się pod sceną. Zaczęło się spokojnie bo bluesowo i na dodatek w świetnym wykonaniu kapeli Sharp Harp Junior and the Blades z Connecticut. Chłopaki świetnie wymiatali a wokalista wyczyniał cuda na ustnej harmonijce. Później pojawiła się na scenie grupa Prime Prophecy z Nowego Jorku (1-a Fotka w poście Kici), choć muza nie w moim guście, to ekipa wypadła bardzo pozytywnie. Basista nieźle przycinał paluchami na strunach, czasami zajeżdżało specyficznym brzmieniem kornowskiego basu choć rodzaj muzyki z goła odmienny. Po PP na scenę wyskoczył RaGGedy z NJ (2-ga fotka w poście Kici). Pierwszy raz miałem okazje zobaczyć trio (zanim doszedł do nich nowy gitarzysta) gdy otwierali koncert TSA w Cricket Club. Już wtedy wywarli na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Tym razem też nie zawiedli, w moim mniemaniu był to występ wieczoru
Następnie Subdivision grający “cover”-y z każdej półki i Wehikuł Czasu, który DZEMowo zakończył cały festiwal, przy akompaniamencie szalonych wyczynów wszystkich zebranych pod sceną. Trochę żałuję że kolejność występujących kapel była taka a nie inna ale cóż, ilość osób bawiących się przy “Naiwnych Pytaniach” wyjaśnia decyzje organizatorów. Łatwiej wpada w ucho dźwięk znanego wszystkim szlagieru, niż ambitne granie własnych utworów, przez mało znane kapele. To jest jedyny minus imprezy.
Podsumowując: uważam ze imprezy tego typu powinny odbywać sie częściej. Wspieranie polskiej sceny muzycznej i pomoc polskim muzykom w Stanach jest tak samo potrzebne jak parada Pułaskiego w Nowym Jorku. Im szybciej przedstawiciele polskiej zgrzybiałej polonii to sobie uświadomią, tym lepiej. Organizatorom dziękuję i życzę wytrwania oraz sił do kontynuacji tej wiekopomnej idei promocji polskiej Muzyki na ziemiach Indian. Tak trzymać.
PS: Nie mam pojęcia co się stało z SUNSPOTS ???? Zespól nie zagrał, albo zagrał ale ja go przegapiłem (Hmmm czyżby mnie OKOCIM aż tak ogłuszył).
Mimo tego że termin zmiany wydechów, który został nałożony na Diabła został przekroczony o kilka tygodni i należy mu się chłosta. To po niedzielnej prezentacji nie pozostaje mi nic innego jak pogratulować wyboru i odwołać egzekucje.
Dodatkowa koncepcja usunięcia tłumików z rur i huczny efekt końcowy został pozytywnie przyjęty przez grono sędziowskie z Midland. Wizualnie też rewelacja, mega fishtaile. Może nie tak decybelowo jak w mojej roadkingowni ale wystarczająco głośno. Załączam filmik (7 MB w formacie Quick Time) co by się ludziska mogły przekonać na własne uszy…Tylko potencjometr na max-a trza przekręcić w celu uzyskania najlepszego efektu…
mROCKowisko zbliża się szybkimi krokami więc i humor (Kiepski po niedzielnym fiasku) ulega poprawie, proporcjonalnie do upływu czasu dzielącego nas od Soboty. Po imprezie na jastrzębim polu, przenosimy się do Hotelu. Nie będę bawił się w wróżbitę ale mogę założyć się o własną nerkę, że będą skoki na waleta do basenu z drugiego piętra, przejazd HD głównym korytarzem hotelowym, partia strip pokera w naszym pokoju, zakraszana dużą ilością trunków wyskokowych oraz wybór miss mokrego podkoszulka.

Ze względu na to, że rozbijemy się w miejscu gdzie nocują kapele, organizatorzy i reszta pozytywnie planujących festiwalowiczów, miejsce na pewno nie ucichnie do późnych godzin nocnych.
Przyznaje się bez wykręcania klejnotów, że zawaliłem z projektem Panhead. Minęło już ponad 8 miechów od momentu kiedy dziadek Pan śpiewał nam po raz ostatni przepięknym pop-pop…pop-pop…pop-pop (Wersja w jęz. angielskim)…lub brum-brum…brum-brum…brum-brum (Wersja w jęz. ojczystym) (Dlaczego tak a nie inaczej)

W ramach rehabilitacji i zadośćuczynienia, zdecydowałem wykorzystać dwa ciężko zapracowane dni urlopu i do czwartku podgonić prace montażowe. W sumie pozostało nam skręcić wszystko w całość. Dodatkowe graty już skompletowane, także jeśli szczęście dopisze to do przyszłego weekendu mój zbójecko-bandziorski Panhead będzie na nowo wnerwiał sąsiadów Marka oraz przyprawiał mnie o ciarki. Znając jednak realia na pewno coś wyskoczy, nie było jeszcze sesji żeby wszystko grało. Tak to już jest gdy usprawniasz niebiańskie dzieło mechaniki.
3 Komentarze(y) »